O FILMACH WŁADYSŁAWA ŚLESICKIEGO W GAZECIE WYBORCZEJ

Niedawno w sprzedaży pojawił się album DVD z filmami Władysława Ślesickiego, wydany przez Narodowy Instytut Audiowizualny w serii "Polska Szkoła Dokumentu". Dziś w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł „Mieliśmy swojego Kusturicę” autorstwa Tadeusza Sobolewskiego, opisujący twórczość tego wybitnego polskiego dokumentalisty.

Oto fragmenty artykułu:

Odszedł z dokumentu w 1970 r. Jego filmy nie były demaskatorskie, krytyczne społecznie, nieufne wobec filmowanego człowieka ani wobec samego medium. Ślesicki ze swoim humanizmem i pochwałą pierwotnego życia w rytmie natury był przednowoczesny. (…)

Ten świat, który w "Chyłych polach" oglądamy z bliska, w poufałości, już nie istnieje. Ślesicki filmował znajomych górali z Zaczerczyka, przeczuwając, że rejestruje cywilizację u progu wielkiej przemiany. Robił to samo, co jego mistrz, klasyk brytyjskiego dokumentu Robert Flaherty, który filmował w 1921 r. zaprzyjaźnionych Eskimosów, jak stawiają igloo, polują z harpunem. On też, jak Ślesicki, musiał trochę inscenizować. Jego bohaterowie już nie polowali z harpunami, mieli strzelby. Siłą rzeczy obraz odwiecznego porządku życia zamieniał się w tych filmach w mit, w utopię. Pisano o "naiwności" Flaherty'ego. Gra między realnością dokumentu a jego ukrytym, sakralnym znaczeniem, stanowi tajemnicę tych filmów. (…)


Ślesicki z podobną, dwoistą refleksją filmował świat przemysłowy. We wspaniałej wizualnie "Energii" pokazał budowę zapory w Solinie - najemni chłoporobotnicy na rusztowaniach przypominają cyrkowców na trapezie. Ale i w tamtym filmie pojawia się nuta nostalgii: kończy się jakiś świat. Te filmy powstały w PRL-u, ale nie chodzi w nich o ustrój, jego krytykę albo apoteozę. Ślesicki rejestrował początki przemiany cywilizacyjnej, którą widać dopiero dziś. Z upodobaniem wychwytywał przejawy życia, które tworzą nieustający obrzęd. (…)

Całość artykułu można przeczytać tutaj.